Archiwa tagu: światowe życie

Fryderyki

Tak okropna była ta gala „Fryderyków”, że czegoś takiego naprawdę się nie spodziewałam. W najlepszym czasie ekranowym, gdy czeka się na coś w miarę spokojnego, zaprezentowali telewidzom prawdziwy horror konferansjerski. Na scenę wypuścili znaną piosenkarkę-zapowiadaczkę, która cały czas zachowywała się jak pijana lub zbiegła z domu wariatów. Bredziła jakieś nieskładne teksty z fatalną dykcją i jeszcze gorszą intonacją. Momentami zupełnie nie rozumiałam, co mówi.

Prawie wszystkie nagrody zdobyła Nosowska, trochę dali też grupie Raz, dwa, trzy, no i oczywiście „Gorolom”, tak jakby choć raz nie mogli dać ich Kurpiom czy Kaszubom. Występy zaproszonych gwiazd jakoś ginęły przy tym, co wyprawiała prowadząca uroczystość. Dobrze, że zaśpiewali Jozina z Bazin. Zrobiło się odrobinę weselej.

Post Scriptum, 00:40
Tu też zauważyli, że coś było nie tak:
„Zanim jeszcze poznamy debiutantów roku mamy pytanie, a nawet dwa – czy Kayah jest w żałobie i czy nie pomyliła kolejności bankiet – prowadzenie gali?”
www.infomuzyka.pl

The Cure „Hanging Garden” (1982)

Bez wysiłku

Trzeba chyba zacząć pisać o seksie… Pisząc przyzwoitego, normalnego bloga, jest się na nieprzyzwoicie niskich pozycjach w rankingach większości platform blogowych. Tylko faceci-politykierzy nie muszą pisać o tych sprawach, aby być na topie, a Kataryna też prawdopodobnie jest mężczyzną… 😉 Tak też można popisać o swoich partnerach, czy wyimaginowanych partnerach, dać soczyste opisy tego i owego, albo porozwodzić się trochę nad swoim temperamentem erotycznym, nad tym, jaką wspaniałą kobietą się jest, i oczywiście nad tym, co się w tych sprawach lubi najbardziej. Takie blogi są czasem pisane przez zagubione dziewczyny lub znudzone mężatki, ale częściej przez zwykłe cwaniary. Ja lubię cwaniary, takie jak Flytka i tym podobne samorodne gwiazdy reality-shows, ale lubię szczere cwaniary, a nie obłudne gwiazdeczki, których masa w blogosferze.

P.S.
Bardzo smutna piosenka…

Led Zeppelin „Ten Years Gone” (1975)

Przeminęło z wiatrem

Jeszcze 30-40 lat temu w filmach i na wybiegach królowały piękne kobiety, podobne do tych z poniższego wideoklipu… Gdzie się podziało tamto piękno? Dlaczego współczesne piękności z wielkiego świata wcale nie są piękne? Z powodu anoreksji, bulimii, standardowych operacji plastycznych i nadmiaru kolagenu w monstrualnie wydętych wargach? Ktoś gdzieś zauważył, że aktorki Hollywood upodobniają się coraz bardziej do gwiazd filmów porno. Chyba miał trochę racji: maksymalnie jasne włosy, ostry makijaż i wulgarność w rysach czy wyrazie twarzy. Patrzę z niesmakiem na te słynne blondynki z ostatnich kilkunastu lat. U mężczyzn pewnie coś tam wzbudzają, w końcu po to je zrobiono.

Kraftwerk „Das Model”/”The Model” (1978-82)

Chudzinki

Oglądałam dziś zdjęcia super-modelki Heidi Klum; przy wzroście 178 cm waży podobno 54 kg. Gdy ja w wieku 17 lat, przy wzroście 168 cm (potem urosłam jeszcze 1-2 cm), ważyłam 47 kg, stwierdzono, że to nienormalne i zaczęto z tym walczyć 😦 Teraz już wolno być chudzinką, ale dobrze, gdy taka chudzinka zrobi sobie sztuczny biust i coś tam jeszcze… Nie uważam, że Heidi jest piękna. Jest wprost brzydka. Paris Hilton to przy niej prawdziwa piękność, i ma w sobie to „coś”, czego Klum brakuje.

Annie Lennox „Whiter Shade of Pale”

Zjawisko

A oto niezwykłe zjawisko, wcielenia piękna, nieziemska istota – Isabelle Adjani. Ten krótki filmik przedstawia ją w wieku lat dziewiętnastu, wkrótce przed operacjami plastycznym, które uczyniły z niej prawdziwy ideał, kobietę o nieziemskiej urodzie; po zabiegach miała piękniejsze, bardziej kobiece, kości policzkowe, subtelniejszy koniuszek nosa i jeszcze pełniejsze usta. Choć jeszcze przed chirurgią jest ładna i delikatna.
Isabelle ma urodę, którą się podziwia, jednak nie chciałoby się tak wyglądać. Zbyt eteryczna? Zbyt zjawiskowa? Zbyt trudno byłoby żyć z takim pięknem?

/filmy chwilowo niedostępne/

Tu ta sama Isabelle rok później, już po poprawkach, w filmie „Historia Adeli H.” (1975), w Polsce jako wyświetlanym jako „Miłość Adeli H.”, filmie o córce Victora Hugo.
Cud natury + cud chirurgii…

„Ciacho”

Nie tylko nastolatki mówią ciacho. Trochę starsze panie również. Głównie te modne. Ale czy do faceta pasuje określenie ciacho, ewentualnie ciastko? Dla mnie oba są odpychające i zniechęcające do rodzaju męskiego. I co to właściwie jest to ciacho? Czy to zabawka dla wyemancypowanych panienek z biura i bogatych kobiet? Zniewieściała, choć umięśniona maskotka? Głupiutki, słodziutki i taki, co umie „zaspokoić”? Taki, z którym nie wstyd pokazać się wśród ludzi, na luzie i z kasą, choć niekoniecznie z klasą ? Czy też miły, inteligentny, wykształcony, nosiciel dobrych genów dla ewentualnego potomstwa, ale jednocześnie dający sobą kierować? Który z nich jest najsmaczniejszym ciachem? A może wszyscy oni po kolei? Czy też ciacho ma z każdego z nich po trochu? A może, co kobieta, to inne jest o tej sprawie wyobrażenie.

Ja z ciachami się nie spotykałam, więc nie wiem. Nie chciałam nigdy poznawać żadnego ciacha. Nawet staram się potencjalne ciacha omijać z daleka. Ciachowatość mnie nie pociąga. Jednak dobrze, że przyswoiliśmy sobie to określenie. Rzeczywistość staje się prostsza, gdy właściwe słowa przylegają do właściwych rzeczy, i gdy to co dotychczas nie miało nazwy, nagle ją zyskuje. A wracając do istoty: wygląd dużo mówi o facecie, więcej mówią jego wypowiedzi, najwięcej czyny. Tak więc lukier czy słodka pianka, miękkość czy chrupkość, to w żadnym wypadku nie to, o co chodzi.

człowieczek-ciastko, oponka, rysunek