Archiwa tagu: męskość

Tragiczne muzy

Obejrzałam „Sylvię”, film o smutnym życiu amerykańskiej pisarki Sylvii Plath. Życiu, na którym bardzo zaważył jej całkiem nieszczęśliwy związek z poetą Tedem Hughesem. Z twórczości Plath znam tylko „Szklany klosz”, depresyjną, na poły autobiograficzną powieść i może jeszcze jakiś wiersz. W czasie oglądania „Sylvii” przypomniałam sobie inny smutny film, o innej chorej towarzyszce innego wielkiego poety, o pierwszej żonie T. S.  Eliota –  Vivienne Haigh-Wood („Tom i Viv”). Podobne poświęcenie własnych ambicji, czy nawet całego swojego losu, dla kariery ukochanego mężczyzny – geniusza poezji.

Takie kobiety, chore nerwowo czy psychicznie, nie powinny były wiązać się z egotycznymi geniuszami. Wiązały się jednak. Dlatego, że były chore, neurotyczne, zagubione i nie wyczuwały zagrożeń, jakie niosły osobowości ich ukochanych. Te gorąco-zimne związki to chyba najgorsze, co mogło się przytrafić i Sylvii, i Vivienne. Zapłaciły za nie nasileniem się problemów duchowych, cierpieniem i straszną śmiercią.

„Czerwiec 1962 był początkiem końca małżeństwa Sylvii Plath i Teda Hughes, który zakochał się w Asii Wevill, która kilka lat później popełniła samobójstwo w identyczny sposób, jak Sylvia Plath.
W 1962 doszło między małżonkami do separacji; poetka przeniosła się z dwojgiem dzieci (Friedą i Nicholasem) ze wspólnego domu w hrabstwie Devon do Londynu. Zamieszkała w domu po W. B. Yeatsie. (…) Poetka brała wówczas leki przeciwdepresyjne, które jednak przyniosły odwrotny od zamierzonego skutek. Schorowana i cierpiąca na brak pieniędzy, Sylvia Plath popełniła samobójstwo przez zatrucie gazem. Dzieci zamknęła w dobrze wentylowanym pokoju, zostawiając im śniadanie.”

Fragment artykułu o Sylwii Plath w Wikipedii

„Drugą tragiczną postacią była Vivienne Haigh-Wood, pierwsza żona wielkiego poety Tomasa S. Eliota. (…) Okazuje się, że była nie tylko żoną i muzą pisarza, ale i jego menedżerką oraz redaktorką jego tekstów, co więcej, wiele z jego wierszy nosi tytuły przez nią nadane. Ona mobilizowała go do pisania. Wpadała w furie, gdy zajmował się rzeczami niezwiązanymi z poezją. Dbała o niego i jego talent, choć sama też była obdarzona przez muzę Euterpe – muzę poezji lirycznej. Gdyby nie Viv, Eliot na pewno nie zostałby poetą tej wielkości. (…) Została siłą zamknięta w zakładzie i tam zmarła. Nie odwiedzał jej prawie nikt. Nigdy nie odwiedził jej również Eliot, który zdążył nie tylko przy niej i dzięki niej stać się sławą, ale także zagarnąć jej majątek powołując się na chorobę psychiczną żony i nią wywołaną niezdolność do dysponowania ogromnym rodzinnym majątkiem.”

Fragment artykułu Emilii Be. pt. „Stłumiona kobiecość” ze strony ithink.pl

Wielcy mężczyźni są zwykle bardzo egoistyczni. Przeciętni mężczyźni też często są tacy. Poświęcanie się dla kogoś jest bardzo kobiece. Może właśnie zbyt kobiece, aby leżało w naturze mężczyzn, aby nie przychodziło im z trudem. Szkoda. Gdyby było inaczej, świat byłby piękniejszy. Ale czy byłby to ten sam świat?

belljar-szklany-klosz

Jak kobieta z mężczyzną

Relacje między kobietą a mężczyzną są skażone ideologicznie. Katolicyzm, protestantyzm, względnie islam czy inna religia. Jakby tego było mało, dodatkowo zatrute  są wzorcami pop-kulturowymi. Jedno gorsze od drugiego. A gdy się te dwa wpływy, z lewa i z prawa, zmieszają się, wtedy zupełnie nie wiadomo, kim być i jak się zachowywać. W rezultacie mamy plastikowych ludzi i ich silikonowe uczucia.

Są kobiety, które nie chcą być super-kobiece, nie chcą być męskie, nie chcą być katoliczkami, żydówkami czy muzułmankami, nie chcą się upodabniać do żadnej z gwiazd kultury masowej. Nie wiedzą jednak, co jest alternatywą dla tego konglomeratu religijno-popkulturowego. Za bardzo namieszano im w głowie.

Kotek Emo, Rysunek

Kotek Emo / źródło: bodzek1988.wrzuta.pl

Silny mężczyzna

Nie lubię mężczyzn w typie Bogusława Lindy. Zbyt chłopięcy. Ni facet, ni dzieciak. Ja pewnie też nie jestem w jego typie. Generalnie dostrzegam, że mitologizuję mężczyznę. Chciałabym, aby był jednocześnie mężem, ojcem, bratem, i do tego jeszcze synem. Niestety, czy może raczej na szczęście, nie ma takich uniwersalnych facetów.

Zmitologizowany czy nie, mężczyzna jest solą tej ziemi, i żadna feministka go nie zastąpi, choćby nie wiem jak gorliwie przekonywała: „A do czego ci facet?!”.

Lyman Byxbe "Winter Snow"

Lyman Byxbe – „Winter Snow” / źródło

Romans Marcinkiewicza

Niczego tak nie lubię u mężczyzn, jak bezinteresownej zawiści. Kilku naszych wordpressowych blogerów postanowiło napisać o romansie „Kazia”, jak go poufale nazywają. Piszą o tym w taki sposób, jakby im było żal, że oni nie mogą sobie tak poromansować. A jeden z nich napisał na ten temat z niebywale zjadliwą ironią, co bardzo razi u mężczyzny i nie najlepiej o nim świadczy. Od zjadliwej ironii są kobiety. Facet jest przecież sumieniem i sercem tego świata. Obrońcą, twórcą, i zdobywcą. I nie powinien być małym zawistnikiem, dokuczającym bliźnim.

Swoją drogą, ironia może być całkiem sympatyczna, jednak nie zależy to pewnie od wyrobienia sobie takiego stylu pisania, ale od tego, co komu w duszy gra, albo i nie gra.

drzewo i śnieg

Gdzie ci mężczyźni…

Mężczyzna zawodzi kobietę. Ona ma go dość, mówi mu, aby się jej więcej nie pokazywał na oczy. Do niego to nie dociera. Musi wpaść i powiedzieć: „A moja obecna to taka jest… A ona to, ona tamto…” I wypatruje z utęsknieniem oznak zazdrości u tej, która miała go dość. To chyba najgorsza kategoria faceta.

Kobieta znowu ma dość i mówi mu  poważnie: „Nie chcę cię znać.” Ale on przychodzi i „truje”, starając się wzbudzić zazdrość. Często bywa tak toksyczny, że zatruta kobieta naprawdę zaczyna wierzyć, że jej na nim zależy. I jeśli nie jest ostrożna, może wpaść w pułapkę jego pseudo-męskości, która polega na wykorzystywaniu jej potrzeby akceptacji poprzez próby wzbudzenia zazdrości.

kot i komputer, serwis randkowy
/animals/ (obrazek zmniejszony)
Te sieciowie randki, to jednak nie jest to…

Bez drogowskazów

Nie mogła mu opowiedzieć o tym, o czym chciała. Musiała zachować tajemnicę. Prawdę o sobie kryła za półsłówkami, niedopowiedzeniami, nagłym milczeniem, czy dziwnym grymasem twarzy. A tak bardzo chciała się komuś zwierzyć, a najbardziej właśnie jemu… Jej życie pozbawione było drogowskazów. Kierowała się tylko tą bolesną mądrością, jakiej nauczyła się przy swoich prześladowcach. On ją od nich wyzwolił, ale nie uwolnił jej od lęku przed samotnością.

Urszula Sipińska „Zapomniałam” (1967)

Nowa miłość Pani Bovary

Wydarzyło się coś, co mogło odwrócić, zdawałoby się, nieuchronny fatalny koniec… Poczuła, że stał się jej bliski ktoś zupełnie inny. Znali się tylko z sieci. Polubili się na tyle, że postanowili się spotkać. Choć w zasadzie nie było to typowe polubienie się, a raczej wytworzenie się między nimi jakiejś głębokiej więzi, swoistego czytania w myślach drugiej osoby, co było rzadkością w tego rodzaju znajomościach, bo widzieli tylko swoje słowa. Mieli się spotkać w podziemiach dworca, w małym barze. „Ciekawe, jaki będzie?” – pomyślała. „Może jest przystojniejszy niż Rudolf.” Chciała jak najszybciej zapomnieć o tamtym.

Włożyła najlepszą, błękitną suknię. Upięła do góry falujące, kasztanowe włosy. Zrobiła delikatny makijaż. Nie umalowała zbyt mocno ust, nie chciała wyglądać wulgarnie. Utuszowała rzęsy, i położyła białe cienie pod łukami brwiowymi. Nigdy nie robiła kresek wokół oczu, nadawało to jej twarzy smutny wyraz. Zresztą to nie było potrzebne, miała naturalną urodę i piękne ciemne oczy. Użyła tylko odrobiny perfum. Nie mogła wyjść na prymitywną kusicielkę.

Potknęła się o swoją długą suknię na progu jasno-oświetlonego, klaustrofobicznego barku. Od razu ją zauważył. Stał i patrzył na nią przy małym, okrągłym stoliku. Był wysoki, szczupły, ciemnowłosy; dość delikatny, o drobnej twarzy. „To on…” – ucieszyła się. Zupełnie nie odczuwali skrępowania pierwszym spotkaniem. Podał jej rękę i przez chwilę siedzieli w milczeniu uśmiechając się do siebie. Nagle zbliżył się i przytulił ją do swojego barku, mocno zaciskając ramiona wokół jej głowy. Poczuła coś nowego, ciepłego i wzniosłego. Pomyślała, że dla tej chwili warto było przecierpieć te wszystkie ponure poranki w tamtym życiu.

F. Chopin – Nokturn Op. 15 nr 2, K Zimerman

Miłość czy seks?

Według stereotypowych przekonań, dla mężczyzny ważniejszy jest seks, a dla kobiety miłość. Dla tej drugiej miłość bywa nawet najważniejsza. Ale, jak w przypadku każdego stereotypu, muszą tu istnieć jakieś przekłamania i zapewne zdarzają się faceci ukierunkowani głównie na miłość, jak i amatorki seksu dla sportu czy rekreacji. Seks dla pieniędzy to już trochę inna historia.

Ideałem byłby facet nastawiony na prawdziwą miłość, bo coś takiego pewnie istnieje, dla którego seks jest istotny o tyle, o ile ma związek z ukochaną kobietą, oczywiście pod warunkiem, że to uczucie nie wygasa przynajmniej przez jakiś czas. Tego rodzaju mężczyźni jednak, jeśli się gdzieś trafiają, uchodzą za dziwaków. Standardowy mężczyzna rozgląda się na prawo i lewo. Tak mu dyktuje wysoki poziom testosteronu.

Świat jest taki, nie inny, i wszelkie rozważania na temat idealnego mężczyzny nie mają większego sensu. Rasowa kobieta nauczyła się panować na swoim partnerem do tego stopnia, że steruje nim wtedy, kiedy on nawet tego nie podejrzewa… To zemsta pewnego gatunku kobiet za to, że on popatruje czasami w kierunku atrakcyjniejszych od nich samych. W ten sposób miłość i seks zostają zwyciężone przez rozum, a dokładniej spryt 😉

F. Schubert – Impromptu Op. 90 Nr 2, K. Zimerman

Seksuolog

Wczoraj w jednej z telewizji, w salonowej dyskusji, młody seksuolog powiedział: „…gdy oboje są w młodym wieku, on nieomal z niej nie schodzi…” 😮 Pomyślałam o innym starszym seksuologu, którego często pokazują w mediach; on raczej nigdy nie użył tego typu kolokwializmu, jego wypowiedzi odznaczają dużą kulturą osobistą i delikatnością. Temat programu dotyczył, mniej więcej, porzucania starych żon dla młodych kobiet, i „starych, niewyżytych bab” spotykających się z dużo młodszymi mężczyznami… Byłam oczywiście zbulwersowana wyrażeniem, jakiego użył obecny tam seksuolog, zwłaszcza że był w towarzystwie kobiet… A swoją drogą, co to za facet, który „nie schodzi z kobiety”?

P.S.
Takimi dziwactwami też się zachwycałam w latach osiemdziesiątych.
Lene Lovich „Lucky Number” (1979)

Dzień Kobiet

Skoro kobiety rządzą tym światem, i skoro wszystko kręci się wokół spraw łóżkowych, po cóż w pewnych krajach obchodzono kiedyś Dzień Kobiet? Ponieważ nie było normalnego społeczeństwa i wszystko kręciło się wokół Partii, więc aby oddać należyty hołd kobiecie, ustanowiono jej święto :). Dla mnie to jedyna socjologicznie sensowna odpowiedź, ale nie wiem, jak było naprawdę 😕 To dziwne święto… Przy dzisiejszej „zaradności” i wycwanieniu dużej części kobiet należałoby raczej ustanowić Dzień Ochrony Mężczyzny czy Dzień Miłosierdzia Dla Płci Brzydszej. Jakiś czas temu sporo było w doniesień na temat „zamiany płci”, kobiety miały stawać się bardziej męskie i twarde, a mężczyźni – niewieścieć i mięknąć. Ostatnio mniej takich artykułów. Chyba temat się znudził, a może już wszystko wróciło do normy…

P.S.
W tamtych latach była moda na śpiewające blondynki…

Kim Wilde „View From The Bridge” (1982)